O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Reparacje

Sierpień to czas urlopów. Na wakacjach, przy grzejącym słoneczku, w głowie człowieka rodzą się świetne pomysły. Wśród recept na doprowadzenie Polski do bogactwa pojawiła się więc nowa – zażądajmy do Niemców reparacji za zniszczenia wojenne.

Zacznijmy od oszacowania kwoty, o którą moglibyśmy wnioskować. Według posłów PiS, może chodzić – na podstawie ocen bliżej nieznanych "ekspertów" – o kwoty od setek miliardów do 10 bilionów dolarów. Zwłaszcza ta ostatnia liczba jest ciekawa, bowiem wartość dzisiejszego majątku narodowego Polski szacuje się na 3 do 5 bilionów dolarów (różnice biorą się z braku prostej metody pomiaru – na podstawie danych GUS należałoby raczej przyjąć dolną liczbę). Przedwojenna Polska była krajem bardzo biednym, o wielokrotnie niższym majątku od Polski obecnej. Bazując na szacunkach historyków można uznać, że w roku 1939 cały nasz majątek narodowy wynosił między 350 a 550 miliardów dolarów, licząc według obecnej siły nabywczej amerykańskiej waluty. Według powołanej po wojnie komisji, zniszczone zostało 39% tego majątku (dane trudne dziś do zweryfikowania, ale jedyne jakie mamy). Skoro tak, to łączne straty majątkowe Polski wyniosły w czasie wojny między 130 a 220 miliardów dolarów – i o taką sumę reparacji teoretycznie moglibyśmy wystąpić. Zakładając, że występujemy z roszczeniami tylko o utracony majątek, a nie o odszkodowania za śmierć 6 milionów polskich obywateli. Ale tak właśnie zrozumiałem wypowiedzi polityków.

Oczywiście, że zawsze znajdzie się metoda wygenerowania liczb wyższych – albo ulubione przez wielu "ekspertów" wyliczanie wartości na podstawie rynkowych cen złota (od niemal pół wieku nie istnieje już żaden ślad jakiegokolwiek prawnego związku między wartością dolara a ceną złota), albo na podstawie dzisiejszych wycen nieruchomości, albo wyliczania hipotetycznych "utraconych korzyści", albo naliczania odsetek za 70 lat zwłoki.

Nie jestem prawnikiem, nie chcę wypowiadać się na temat szans prawnych wystąpienia dziś o reparacje. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi albo jedynie o zdobycie popularności wyliczeniem, ile nam się od Niemców należy. Albo o coś gorszego – przekonanie ludzi, że Polsce wcale niepotrzebne jest członkostwo w Unii, bo możemy zmusić Niemców, żeby te same pieniądze które dostajemy dziś z Unii, płacili nam w formie reperacji. Bez wtrącania się w sprawy puszczy Białowieskiej, sądownictwa i spalania miału węglowego.

Z Unii dostaliśmy dotąd na czysto ponad 100 miliardów dolarów, liczymy na kolejną setkę w najbliższych latach. Teoretycznie, zamiast tego moglibyśmy zadowolić się podobną kwotą wpłacaną przez Berlin, oczywiście zakładając że przekonamy Niemców, by dobrowolnie zgodzili się płacić nam reparacje. Kto głupi, niech wierzy.




Opublikowane w Rzeczpospolitej, 10.08.2017
Trwa ładowanie komentarzy...