O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Emerytalna alternatywa

ZUS ostrzegł rząd, że skutkiem obniżenia wieku emerytalnego już w przyszłym roku na wypłaty świadczeń może mu zabraknąć ponad 60 miliardów złotych (dwa razy więcej, niż wydajemy rocznie na obronę narodową) a w roku 2022 ponad 80 miliardów (mniej więcej tyle, ile państwo polskie wydaje rocznie na ochronę zdrowia). I będzie to dopiero początek problemów, bo w kolejnych latach będzie jeszcze gorzej.

Rząd już odpowiednio zareagował na ten problem. Zapewnił, że na pewno nie będzie aż tak źle – być może w przyszłym roku zabraknie tylko 55 miliardów (zaledwie pięć razy tyle, ile państwo wydaje na badania i rozwój). Ale jestem pewny, że ostrzeżenie zrobi swoje i skłoni rząd do podjęcia naprawdę radykalnych działań. Przede wszystkim do zaprowadzenia porządków w ZUS, aby więcej nie podawał do publicznej wiadomości tak nieprzyjemnych informacji.

Polityka polityką, propaganda propagandą, ale od problemu emerytur nie da się uciec chowając głowę w piasek. Choć większość Polaków nie przyjmuje tego do wiadomości, trendy demograficzne powodują że ilość pieniędzy dostępnych na "państwowe" emerytury w najbliższych dekadach będzie rosła znacznie wolniej, niż liczba osób w wieku emerytalnym. Co równie ważne (i również nie przyjmowane do wiadomości), będzie się tak działo niezależnie od tego, jak sprytnie zbudujemy instytucje wypłacające te emerytury – czy będzie to ZUS, czy OFE, czy bezpośrednio wypłacający świadczenia budżet państwa. Po prostu przy składkach emerytalnych poniżej 20% dochodu, niezależnie od tego jak je alokujemy, pieniędzy będzie zbyt mało by utrzymać obecną relację emerytur do płac. Relacja ta spadnie w ciągu najbliższych 20 lat prawdopodobnie o połowę. I jest to czysta arytmetyka, którą można pokazać na kartce papieru, a nie żadna polityczna deklaracja.

Jakie jest wyjście z sytuacji? Tylko jedno. Jeśli Polacy nie chcą otrzymywać głodowych emerytur, muszą pogodzić się z tym, że "państwowa" emerytura pozwoli tylko na nędzne przeżycie. A kto będzie chciał życia bardziej godnego, musi sam się zająć zdobyciem dodatkowego dochodu. Albo godząc się na dłuższą pracę – i to niezależnie od tego, jak słodkie obietnice będą nam składać przed kolejnymi wyborami politycy, obniżając formalny wiek emerytalny do 55, 50 czy nawet 40 lat. Albo przez całe życie dodatkowo oszczędzając, w ramach pracowniczych planów emerytalnych lub indywidualnych polis.

A co może zrobić rząd, jeśli chce uniknąć powiedzenia ludziom takiej niepopularnej prawdy? Albo spokojnie patrzeć na to, jak "państwowe" emerytury będą się stopniowo obniżać w relacji do płac i (groźbą nędzy) zmuszać ludzi do takiej aktywności. Albo z roku na rok coraz więcej dokładać do emerytur by utrzymać ich wysokość. Co za 10 czy 20 lat wywoła groźbę bankructwa państwa i potężny kryzys. I doprowadzi do jednorazowego, gwałtownego spadku emerytur do tak żałosnego poziomu, na jaki będzie nas wtedy stać.


Opublikowane w Rzeczpospolitej, 30/03/2017
Trwa ładowanie komentarzy...