O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Smutne i żałosne

Naszą uwagę przyciągnęła dziś tragifarsa z próbą blokowania wyboru Donalda Tuska przez polski rząd. W rzeczywistości dzieją się teraz rzeczy znacznie ważniejsze. Być może decyduje się właśnie, czy Polska pozostanie w integrującej się Europie (do której z trudem i ogromnym wysiłkiem dołączyliśmy), czy też się z niej - na podstawie woli i w krótkowzrocznym interesie obecnie rządzących - faktycznie wycofa. Popełniając historyczne harakiri, godne najgorszych tradycji przedrozbiorowych konfederacji (barskiej i targowickiej).

Kiedy rozstrzygają się fundamentalne problemy przyszłości, kiedy trzeba umieć proponować śmiałe wizje i brać na siebie ryzyko - nieobecni nie mają racji. Smutne ścieżki naszej historii spowodowały, że w ciągu minionych 200 lat Polska w zasadzie nie brała udziału w spotkaniach i naradach, na których podejmowano decyzje na temat losów Europy. Nie było nas na kongresach w Wiedniu i Berlinie, bo straciliśmy niepodległość i musieliśmy dopiero stoczyć stuletnią walkę o jej odzyskanie. Byliśmy niemal nieobecni wiek temu w Wersalu, bo dopiero z trudem odbudowywaliśmy wolne państwo. Nie było nas w Jałcie i w Poczdamie, bo spotykały się tam tylko wielkie mocarstwa, dyktujące warunki mniejszym narodom. Nasz głos był niesłyszalny, a przyjmowane rozwiązania nie uwzględniały naszych interesów. Bo to jest właśnie cena, jaka płaci się za nieobecność.



Nie było nas również przy stole wówczas, gdy decydowano o kształcie integracji europejskiej. Ani 70 lat temu, bo na rozkaz Moskwy musieliśmy wycofać się z konferencji paryskiej, na której kształtował się Plan Marshalla. Ani 60 lat temu, gdy 6 krajów spotkało się na rzymskim Kapitolu by podpisać traktat założycielski Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej - bo nie byliśmy wówczas krajem samodzielnie decydującym o swojej polityce. Ani 25 lat temu w Maastricht, gdzie tworzono Unię - bo dopiero zaczynaliśmy się podnosić z komunistycznego upadku. Nieobecni nie mieli prawa głosu, choć nieobecność nie wynikała wcale z naszej własnej winy. Gdyby po wojnie Polska była krajem suwerennym, zapewne i my znajdowalibyśmy się wśród krajów-założycieli EWG i Unii. Nie będąc przy stole, mogliśmy tylko przez dziesiątki lat marzyć o tym, by kiedyś przy nim zasiąść.

Dziś znowu waży się przyszłość Europy. Czasy są niepewne, problemy do rozwiązania ogromne, decyzje trudne. W Wersalu spotkały się więc największe kraje Unii, by po rozwodzie z Wielką Brytanią podjąć kluczowe decyzje o przyszłości europejskiej współpracy. I znowu wśród tych krajów zabrakło Polski. Nie dostaliśmy zaproszenia wcale nie dlatego, że nie było nas wśród krajów-założycieli (nie było wśród nich również Hiszpanii). Ani nie dlatego, że nie używamy euro (posiadanie euro nie było przepustką na spotkanie). Ani nie dlatego, że jesteśmy krajem pozbawionym potencjalnego znaczenia (sukces transformacji dał nam gospodarczą i polityczną siłę, którą było już w Unii widać).

Tym razem nie byliśmy obecni przy stole tylko dlatego, że sami zrezygnowaliśmy z uczestnictwa. Nasz rząd bez mrugnięcia okiem wyjaśnił partnerom, że nie ma nic przeciwko dalszej integracji odbywającej się bez nas. I dał do zrozumienia, że Polska nie jest specjalnie projektem europejskim zainteresowana, ani z punktu widzenia swojej gospodarki, ani swojego bezpieczeństwa. A czym jest zainteresowany polski rząd? Tylko tym, żeby zablokować wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Smutne? Tak, ale przede wszystkim żałosne.



Opublikowane w Rzeczpospolitej, 9.03.2017 (przed wyborem Donalda Tuska)
Trwa ładowanie komentarzy...