O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Koniec wakacji, przed nami schody

Wakacje się kończą, zaczynają się schody (oczywiście mówię o gospodarce, bo o tym, co się będzie działo w polityce, w ogóle strach myśleć). Jedno co pewne – na wiele rzeczy będziemy mogli narzekać tej jesieni, ale na pewno nie będziemy narzekać na nudę.

W gospodarce schody schodom nierówne. Niektóre z nich są bardzo strome, ale za to stosunkowo niewysokie. Myślę przede wszystkim o tym, co czeka nas w finansach. Już za tydzień kolejna agencja ratingowa będzie wydawać opinię o wiarygodności kredytowej naszego rządu. Bardzo możliwe, że będzie niedobra, czyli będzie się wiązać z obniżeniem ratingu (ryzyko wzrosło po ogłoszeniu wstępnych założeń budżetowych, sugerujących że już w roku 2017 minister finansów może mieć spore problemy z deficytem, zwłaszcza jeśli sytuacja gospodarcza ułoży się choć trochę gorzej, niż rząd dość optymistycznie zakłada). Wtedy pewnie czeka nas dość gwałtowny i bolesny upadek. Ale, jak to z krótkookresowymi emocjami na rynku finansowym bywa – schody pewnie będą strome, ale stosunkowo niewysokie, więc poboli, poboli, a potem przestanie, bo żadne dramatyczne załamanie finansowe póki co nam nie grozi.



Ale warto jeszcze uważniej patrzeć na inne schody, wcale nie tak strome, ale za to bardzo długie – tu ewentualne potknięcie miałoby znacznie gorsze konsekwencje, bo długookresowe. Mówię oczywiście o realnej gospodarce, czyli o wzroście produkcji. Dane z pierwszego półrocza są niepokojące. Nie chodzi o samą dynamikę PKB, która nie jest jeszcze najgorsza – choć nasz PKB rósł w pierwszym półroczu wolniej niż powszechnie oczekiwano (i niż zakładał w budżecie rząd). Problem leży gdzie indziej. Znośny wzrost PKB na poziomie 3% był możliwy ze względu na dobrą dynamikę spożycia, zwłaszcza wydatków rządowych, oraz na dobrą koniunkturę za granicą i silny wzrost eksportu. Poważny problem pojawił się natomiast w inwestycjach. W całym pierwszym półroczu nakłady inwestycyjne coraz silniej spadały, a dane o dalszym spadku produkcji budowlanej w lipcu (najlepszego dostępnego wskaźnika mówiącego o prawdopodobnej dynamice inwestycji) sugerują, że proces spadku inwestycji nadal się pogłębia. Częściowo odpowiada za to niski poziom inwestycji publicznych, który może wynikać z możliwych do eliminacji problemów biurokratycznych. Ale wygląda na to, że wyraźnie spada też skłonność przedsiębiorstw do inwestowania, co sugeruje coś znacznie gorszego: wyraźne pogorszenie nastrojów i oczekiwań w gospodarce.

Bez wzrostu inwestycji nie ma trwałej koniunktury gospodarczej i nie ma trwałego wzrostu. A bez tego, na dłuższą metę można też włożyć między bajki utrzymanie w ryzach deficytu budżetowego i możliwość sfinansowania ambitnych programów socjalnych. Rząd ma więc bardzo poważny powód do zastanowienia – co zrobić, aby odwrócić proces pogarszania się nastrojów. Inaczej jesienią może nas czekać twarde spotkanie ze schodami.



Opublikowane w Rzeczpospolitej, 1.09.2016
Trwa ładowanie komentarzy...