O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Donald Trump i globalizacja

Świat przeżywa właśnie dreszczowiec, którego kulminacja nastąpi 8 listopada. Dreszczowiec o nazwie: wybory prezydencie w USA. Wbrew sondażom, sugerującym wyraźną przewagę Hillary Clinton, wynik wyborów jest dziś niemożliwy do przewidzenia (podobnie, jak niemożliwy do przewidzenia był wynik głosowania w sprawie Brexitu). A stawką mogą być nie tylko nerwy, ale przyszłość światowej gospodarki.

W programie gospodarczym Donalda Trumpa pada wiele miło brzmiących dla ucha ogólników: niższe i prostsze podatki, mniej biurokracji, korzystniejsze warunki dla biznesu. Ale pada też wyraźna propozycja zerwania z dotychczasową polityką otwartości na handel, a zwłaszcza zerwania umów o swobodnej współpracy gospodarczej USA z krajami Ameryki i basenu Pacyfiku. A w tle tego wszystkiego – perspektywa wojny handlowej z Chinami. Jeśli Trump rzeczywiście wygrałby wybory, i jeśli rzeczywiście zacząłby konsekwentnie prowadzić taką politykę, skutki mogłyby być naprawdę dalekosiężne. Mówiąc najkrócej – świat, do którego przyzwyczailiśmy się, świat globalizacji i swobody transgranicznego ruchu towarów i kapitału, mógłby się skończyć szybciej niż sądzimy.



Czy masowy odwrót od globalizacji jest wyobrażalny?

"Mieszkaniec Londynu mógł zamówić przez telefon, pijąc w łóżku poranną herbatę, produkty z całego świata w dowolnej ilości i oczekiwać ich dostawy w rozsądnym terminie; mógł w tym samym czasie za pomocą tych samych narzędzi zainwestować swój majątek w zasoby naturalne lub nowe firmy w jakimkolwiek zakątku Ziemi; lub mógł zdecydować o tym, by związać swoje losy z mieszkańcami jakiegokolwiek miasta na dowolnym kontynencie". Słowa te napisał sto lat temu John Maynard Keynes, wspominając jak wyglądał świat w roku 1914 – świat przyzwyczajony do globalizacji i uważający ją za coś naturalnego i niemożliwego do odwrócenia. Gdyby zastąpić słowo "telefon" przez "internet", zdanie to mogłoby równie dobrze być napisane na początku XXI wieku. Jednak pięć lat później z globalizacji nie było już śladu: dramatyczne wydarzenia polityczne i społeczne spowodowały, że na kolejne kilkadziesiąt lat granice się zamknęły, handel światowy niemal zamarł, a wspomniany mieszkaniec Londynu zamiast beztrosko popijać rano herbatę i zamawiać produkty z całego świata, z lękiem wyglądał przez okno, widząc za nim jednym razem długie kolejki bezrobotnych, a innym nadlatujące bombowce Luftwaffe.

W obecnej globalizacji wiele rzeczy może się nie podobać. Możemy narzekać na zalew chińskiego importu, na duże nierówności dochodowe, na nierówny podział owoców rozwoju między krajami i wewnątrz krajów. Ale miejmy nadzieję, że Donald Trump nie zacznie tego wszystkiego radykalnie zmieniać. Bo konsekwencje mogą być trudne do przewidzenia.





Opublikowane w Rzeczpospolitej, 12.08.2015
Trwa ładowanie komentarzy...