O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Czas na STRACH

Wynik referendum w Wielkiej Brytanii to dzwonek alarmowy dla Polski, Europy i świata. Populizm jest na fali, rozbuchane negatywne emocje po raz pierwszy bezapelacyjnie wygrały z wszelkimi racjonalnymi argumentami zgłaszanymi przez zwolenników pozostania Brytanii w Unii. Owe racjonalne argumenty – straty gospodarcze, wyolbrzymienie zagrożeń, nierealistyczne obietnice cofnięcia czasu – odbijały się jak gumowe kulki od stalowego pancerza zwolenników Brexitu. Bo propagatorzy Brexitu mieli w zanadrzu broń znacznie potężniejszą: w ogóle nie dyskutowali z argumentami. Odwoływali się tylko do strachu, poczucia niepewności i zagrożenia. A o wszystkich racjonalnych argumentach potrafili bez wahania powiedzieć: to kłamstwa zwolenników "starego".

Populiści nie mają wcale oparcia w większości społeczeństwa. Upraszczając – i przyjmując dość umownie liczby – w większości wymęczonych ciągnącym się od lat kryzysem społeczeństw zachodnich, mamy do czynienia z taką sytuacją. Jakaś jedna czwarta społeczeństwa jest radykalnie wroga "systemowi" – politykom, banksterom, "łże-elitom", kłamliwym mediom. To zazwyczaj ludzie starsi, niżej wykwalifikowani, gorzej radzący sobie w świecie. Po przeciwnej stronie jest ćwiartka zadowolonych – młodszych, lepiej wykształconych, lepiej sobie radzących, akceptujących globalizację.



No i jest środek – zazwyczaj około połowy społeczeństwa – o których dusze toczy się walka. Przynajmniej o przeciągnięcie na swoją stronę większości, przekonanie jej do zagłosowania przeciw "systemowi". Póki co, walkę tę wygrali zwolennicy Brexitu. Za kilka miesięcy może ją wygrać w USA Donald Trump. A potem może to się udać we Francji, Włoszech, może nawet w Niemczech. No i oczywiście może się na dobre udać i w Polsce.

Przyczyna sukcesu populistów jest dla mnie oczywista. Odwołują się do najsilniejszej z emocji – do strachu. Straszą imigrantami kradnącymi pracę, cudzoziemcami gwałcącymi na ulicach, brukselskimi urzędnikami kontrolującymi wielkość prezerwatyw, ateistami palącymi kościoły, eurolibertynami promującymi pedofilię i zabierającymi rodzinom dzieci. W zetknięciu z tym "racjonalne" argumenty o gospodarce czy swobodzie podróżowania brzmią słabo i nie są w stanie się przebić. Populiści zajęli bowiem super-wygodną pozycję – straszą i nie muszą wcale udowadniać, że to co mówią jest prawdą. To działa, bo strach nie wymaga dowodów.

Jeśli nie zabierze się populistom monopolu na odwoływanie się do strachu, będą zwyciężać do skutku. Nie da się wykluczyć, że może nim być globalna katastrofa gospodarcza, społeczna, polityczna.

Dlatego w walce z populizmem też trzeba wyciągnąć strach. Przypomnieć, że Unia Europejska to nie tylko swoboda podróżowania, lepsze warunki dla eksportu, pieniądze z funduszy unijnych. Unia to przede wszystkim współpraca narodów, dzięki której od 70 lat nie było w Europie wojny. Tak wcale nie musi być zawsze – tylko głupcy sądzą, że wszystko to jest dane raz na zawsze i nie musi nas dziś już obchodzić. Widać gołym okiem, że scenariusz wojen nie jest wcale wykluczony, jeśli Unia rzeczywiście by się rozpadła. Podobnie jak nie jest wcale wykluczony scenariusz powszechnej ruiny finansowej i nędzy, jeśli załamią się procesy globalizacyjne na świecie.

Nikt nie powiedział, że do strachu wolno odwoływać się tylko populistom i tylko w złej sprawie. Najwyższy czas, by broniąc zasad wolności, otwartego społeczeństwa, rynku i demokracji odwołać się do tej samej metody. Bo naprawdę jest czego się bać.
Trwa ładowanie komentarzy...