O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Łyżka miodu z beczką goryczy

Ukryci za granicą wrogowie nie próżnują. Ostatnio publikują kłamliwe dane, które mają przesłonić fakt, że Polska jest w ruinach.

W roku 2015 stało się coś, co powinno wywołać radość. Po ćwierćwieczu transformacji, Polska przegoniła pod względem dochodu na głowę mieszkańca najuboższy z krajów Zachodniej Europy – Grecję. Od kolejnego kraju starej Unii, Portugalii, dzieli nas dystans który prawdopodobnie przeskoczymy w ciągu 2-3 lat.



Dlaczego jest to coś tak radosnego? Bo ćwierć wieku temu wydawało się niemal niewyobrażalne. Żelazna kurtyna, która na niemal pół wieku podzieliła Europę na część "gorszą" i "lepszą" spowodowała, że dystans w zakresie dochodów i poziomu życia stał się gigantyczny. Nawet najbiedniejszy kraj Zachodu wydawał się opływającym w dostatki rajem w porównaniu z najbogatszym nawet krajem Wschodu. Na początku lat 1990-tych dochód na głowę mieszkańca Grecji i Portugalii był 2,3 razy wyższy, niż w Polsce – a biorąc pod uwagę słabość ówczesnego złotego, dystans mierzony według bieżącej wartości kursu był pięciokrotny. Jeszcze kiedy wchodziliśmy do Unii w roku 2004, dochód na mieszkańca Grecji i Portugalii był niemal dwukrotnie wyższy (według bieżących kursów trzykrotnie).

Dziś ich dogoniliśmy. Powinniśmy się cieszyć, uważając to za historyczny symbol zwalczenia dziedzictwa półwiecza komunizmu. Zamiast tego słyszymy, jak strasznie pobłądziliśmy w procesie zmian, jak to kraj jest w ruinie a ludzie w nędzy, jak wszystko zostało zniszczone i rozkradzione, a pozorny wzrost dochodów (dwuipółkrotny według danych publikowanych przez naszych wrogów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego) uzyskaliśmy tylko dzięki statystycznym sztuczkom i wzrostowi zadłużenia

To smutne, choć oczywiście ma wytłumaczenie racjonalne. Grecję przegoniliśmy według powszechnie używanego wskaźnika dochodu na głowę uwzględniającego różnice w poziomie cen. Ale względna słabość złotego wciąż się utrzymuje (a ostatnio wzrasta), więc według bieżących kursów dochody przeciętnego Greka są ciągle jeszcze o 40% wyższe od dochodów Polaka. Poza tym sam dochód nie tłumaczy różnic w poziomie życia – zależą one również od poziomu majątku (czyli zakumulowanych w przeszłości oszczędności), w Polsce ciągle znacznie niższego. Argument dotyczący różnic pomiędzy arytmetycznymi średnimi a odczuciami większości ludzi (większość mieszkańców kraju ma dochód niższy od średniej) odnosi się oczywiście zarówno do Polaków, jak Greków. Ale argument o aspiracjach konsumpcyjnych rosnących jeszcze szybciej od dochodu jest u nas znacznie mocniejszy.

Ale dochodzą do tego i inne wytłumaczenia. Ludzie szybko zapominają przeszłość i nie doceniają zmian (a młodzi ludzie mogą twierdzić, że dla nich czasy kilkukrotnego dystansu dochodów między Polską a Grecją to mit z książek historycznych). Ale i tak najgorszą rolę odgrywają politycy, dla zdobycia kilku więcej głosów gotowi na każde kłamstwo i na podsycanie wszelkich emocji. A emocje negatywne sprzedają się znacznie lepiej, niż jakiekolwiek dobre wiadomości. Więc im więcej dodawanej goryczy, tym lepiej!



Opublikowane w Rzeczpospolitej, 19.05.2015
Trwa ładowanie komentarzy...